Zapowiedź sezonu 2010/2011 w NBA
25 października 2010, 17:51; kategoria: NBA; autor: Kosma Bisanz
Można bez większego ryzyka stwierdzić, że największą ilość fanów NBA na całym świecie, najbardziej w nadchodzącym sezonie będzie interesowała postawa Miami Heat.

Mistrzowie sezonu 2005/2006 przeżywali kilka lat bolesnej posuchy, by przed tym sezonem z miejsca stać się faworytem do tytułu. Wszystko za sprawą spektakularnych transferów, spośród których najistotniejszymi było oczywiście sprowadzenie MVP ubiegłego sezonu LeBrona Jamesa a także lidera Raptors, skrzydłowego Chrisa Bosha. Zawodników tych nie pozostawiono jako samograj, lecz uzupełniono ich całą masą zadaniowców, by wymienić tylko świetnego strzelca Mike'a Millera czy litewską wieżę z Cleveland, Zydrunasa Ilgauskasa. Na dobrą sprawę, wymieniono 3/4 składu z ubiegłego sezonu, zostawiając przede wszystkim Wade'a i Udonisa Haslema. Wobec faktu posiadania tak olbrzymiego potencjału kadrowego, wątpliwości może budzić osoba trenera, który jakby nie pasuje to tak znakomitego towarzystwa. Erik Spoelstra nie ma ani doświadczenia, ani wyrobionego trenerskiego nazwiska, i na pewno jest to jeden z tych powodów, dla których ekipy Miami nie można stawiać w roli murowanego faworyta do tytułu. Tym bardziej że w obozach głównych konkurentów mamy do czynienia z trenerami wybitnymi, o uznanej marce i osiągnięciach i tytułach liczonych dwu cyfrowo. Spoelstra wygląda przy nich jak biedny kuzyn, jednak na pewno nie można odbierać szans i umiejętności temu pochodzącemu z Filipin szkoleniowcowi.
Inną kwestę stanowić będzie zgranie tercetu James-Wade-Bosh. W ubiegłym sezonie każdy z nich był absolutnym i samodzielnym liderem swoich drużyn, nierzadko w pojedynkę wygrywającym spotkania, by wymienić tylko wygrany właściwie przez Wade'a mecz nr 4 z Bostonem w playoffach, czy niesamowite popisy James'a w pierwszej rundzie z Bulls. Teraz trzech liderów musi podzielić się obowiązkami, a czasu na zgranie w zasadzie nie mieli (kontuzja Wade'a już w pierwszym sparingu), i więcej mieć nie będą, bo presja na Miami jest olbrzymia i wyników wymaga się do pierwszego meczu z Bostonem.
Kontuzje to rzecz będąca utrapieniem nie jednej ekipy NBA,(z pechowcami Blazers na czele), i niewątpliwie mogą być tym, co pokrzyżuje plany gwiazdorskiemu Miami. Wade co prawda powinien być gotowy na rywalizacje już we wtorek, ze składu wypadł jednak Mike Miller, prawdopodobnie aż do końca roku, a dziurę po nim załatano kontraktem dla wyjadacza Jerry'ego Stackhouse'a. Tak więc sezon na dobrą sprawę jeszcze się nie zaczął a kontuzje już straszą drużynę z Florydy. Na więcej urazów ekipa Spoelstry chyba nie może sobie pozwolić, bo preseason obnażył słabości ławki Heat. Miami zakończyło sparingi 3 kolejnymi porażkami, i o ile do postawy James'a większych zastrzeżeń mieć nie można, o tyle drugi garnitur "Żarów" wyglądał w najlepszym razie średnio.
Aspektem może nie czysto sportowym, ale mającym niewątpliwie kluczowe znaczenie dla każdego aspirującego do mistrzostwa drużyny, jest chemia w zespole. Według mnie na tym polu Heat nie mogą się równać z choćby Bostonem. Lwią część składu stanowią zakontraktowani z różnych klubów gracze, a główną motywacją dla większości jest prawdopodobnie chęć załapania się pod koniec kariery na pierwszy/kolejny mistrzowski pierścień, co przy takiej kadrze wydaje się dla wielu sprawą oczywistą. Możemy sobie wyobrażać, jak "spinać" będą się ekipy podejmujące Miami.
Niezależnie od przyszłej formy Heat, na pewno odstawać nie będą tancerki zespołu z Florydy:

Plany pokrzyżowania założeń Miami ma oczywiście drużyna obrońców tytułu, Los Angeles Lakers. W preseasonie bilans Jeziorowców to 4-4, lecz bardziej niż te liczby kibiców Lakers martwić może słaba forma lidera drużyny, Kobe'go Bryanta.
28% z gry i 17% za trzy - te statystyki mówią same za siebie. Trudno jednak wyrokować, czy przełożą się w jakimkolwiek stopniu w sezonie regularnym. Warto przede wszystkim zwrócić uwagę na transfery Lakers, a te choć nie były spektakularne to jednak wydaje się że stanowić będą duże wzmocnienie dla drużyny Phila Jacksona. Przede wszystkim Matt Barnes. Po tym, jak w ubiegłym offseasonie Lakers zatrudnili doskonałego obrońcę Rona Artesta, który ostatecznie okazał się strzałem w "10", w tym sprowadzili kolejnego solidnego defensora, jakim jest niewątpliwie Barnes, który jeszcze w zeszłym sezonie nie przebierał w środkach w rywalizacji z Kobem. Warto podkreślić że cała trójka, Bryant, Artest, Barnes nie należy do przyjemniaczków i takie nagromadzenie trudnych charakterów z pewnością nie zaszkodzi ekipie z L.A, szczególnie że nad wszystkim czuwa osoba Phila Jacksona. Jeśli skuteczność z meczów sparingowych poprawi nieco Steve Blake, to ten transfer także może okazać się istotnym wzmocnieniem, bo Lakers na nadmiar strzelb dystansowych do tej pory nie mogli narzekać.
Na nieszczęście dla Lakers, kontuzje nie opuszczają centra drużyny Andrew Bynuma, a bez swojego kluczowego podkoszowego szanse na obronę tytułu drastycznie maleją. Na pocieszenie Jeziorowców podobne problemy przeżywa Boston, który być może, gdyby nie absencja Perkinsa w meczu nr 7 pokusiłby się o wygranie ligi.

Kłopoty z kolanem Perkinsa ma zneutralizować dwójka O'Nealów - Shaq i Jermaine. Potencjalnie ten duet wygląda bardzo obiecująco dla Celtics, jednak tylko wtedy, gdy przymkniemy oko na niektóre statystyki obu panów z zeszłego sezonu. Szczególnie mowa tu o Jermainie, który zaliczył wręcz kompromitującą serię w playoffs, przeciwko właśnie Bostonowi. Koszmary związane ze skutecznością powróciły w przedsezonie, gdzie O'Neal rzucał ledwie 29% rzutów z gry, czyli właściwie 1/2 z tego, ile powinien rzucać rasowy center.
Drugi z O'Nealów w sparingach dla odmiany prezentował się co najmniej przyzwoicie, notując skuteczność lepszą od karierowej, zarówno z gry, jak i na linii rzutów osobistych o 14%. Jednak playoffy Shaqa w barwach Cavs pokazały, że nie jest to już gracz na którym można opierać mistrzowskie nadzieje. Fani Celtics muszą więc liczyć na dotrwanie do drugiej części sezonu i przystąpienie do fazy playoff z czwórką podkoszowych, bo nie można zapominać o ciekawym nabytku Celtics, jakim jest Turek Semih Erden.
W przypadku Bostonu fani prawdopodobnie znów będą musieli uzbroić się w cierpliwość, zważywszy na to, jak Celtics traktują w ostatnich latach sezon regularny. Co za tym idzie wszelkie proroctwa co do postawy Bostonu trzeba będzie traktować z przymrużeniem oka, bo pierwsze 82 spotkania mogą znów okazać się zasłoną dymną przed playoffs.

Uśmiech nie schodził z twarzy Stana Van Gundy'ego podczas gier kontrolnych, bowiem jego podopieczni zanotowali komplet 7 wygranych i jako jedna z trzech, obok Utah i Memphis, drużyn, są przed nowym sezonem niepokonani. Orlando nie mieszało zbytnio w składzie, zamieniając jedynie Barnesa na Quentina Richardsona, i jak dotąd wszystko wskazuje na to że Magic idą w dobrym kierunku. W meczach sparingowych nie mieli sobie równych, a największą siłą Orlando była niewątpliwie ławka, która z powodzeniem zastępowała graczy pierwszej piątki. Swoje zrobił także nasz rodak, Marcin Gortat, przebywając na parkiecie średnio aż 24 minuty i trafiając z bardzo dobrą skutecznością 72%. Lecz nie Gortat, a Brandon Bass błyszczał najbardziej wśród rezerwowych Magic. 7 zbiórek i 12 punktów w 22 minuty gry Bassa musi cieszyć Van Gundy'ego, oznacza to bowiem że konkurencja pod koszem dla Dwighta Howarda jest coraz silniejsza i ewentualne kłopoty z faulami "Supermana" nie muszą być już zmorą Orlando. Tradycyjnie Magic przechylali szalę na swoją korzyść trójkami-Anderson (42%), Redick (42%) czy w końcu Vince Carter - aż 59% za trzy.
W Magic atmosfera wręcz idealna, i na pewno po ekipie z Florydy możemy się spodziewać mocnego uderzenia od początku sezonu.
Czarne konie sezonu 2010/2011

Jeszcze kilka miesięcy temu zespól Wizards był w kompletnej rozsypce. Z dawnej, potencjalnie groźniej niemal dla każdego zespołu ligi trójki Arenas-Jamison-Butler nie zostało nic, po tym jak Arenas za słynne już historie z bronią został zawieszony na cały sezon, a pozostała dwójka zasiliła ekipy Cavaliers i Mavericks. Wobec takiego ciosu nie mogło być mowy o niespodziance i drużyna z Waszyngtonu zanotowała bilans 26-56.
Zespół jednak przed tym sezonem odrodził się, głównie za sprawą pierwszego wyboru w drafcie, co oznaczało oczywiście wzięcie największej gwiazdy zaplecza NBA, Johna Walla. Wobec tego nabytku, istniały, czy może nadal istnieją, spore obawy, jak dwójka tak dominujących i potrzebujących piłki zawodników dogada się w jednym zespole. Gilbert Arenas po przygodach w zeszłym sezonie w tym spokorniał i oficjalnie zapowiedział, że pałeczkę pierwszeństwa oddaje Wallowi, a sam ma stanowić wsparcie dla młodego talentu Wizards.
Idąc dalej, w kadrze zespołu Flipa Soundersa mamy jeszcze posiadającego niekwestionowany potencjał Blatche'a, który już w zeszłym sezonie otarł się o triple-double, czy solidnego rzucającego obrońcę Kirka Hinricha( 50% za trzy w sparingach).
Kadrowo ekipa z Waszyngtonu na pewno ma potencjał na playoffs, jeśli uda się Soundersowi poukładać te klocki, a Gilbert Arenas choć w części zagra tak jak jeszcze kilka lat temu, to przyszłość dla "Czarodziejów" maluje się całkiem optymistycznie.

Wytypowanie jako "czarnego konia" rozgrywek ekipy Cavaliers jest na pewno mocno ryzykowne, jednak nie bezpodstawne.
W Cleveland nie ma już LeBrona Jamesa, nie ma także ważnej dwójki, która zasiliła szeregi Bostonu - Shaquille'a O'Neal i Delonte Westa, nie ma także uwielbianego w Ohio Ilgauskasa, czy w końcu trenera Mike'a Browna, który pomimo m.in. nagrody najlepszego trenera sezonu, jest mocno krytykowany za osiągnięcia a raczej ich brak z Cavaliers. Nowym szkoleniowcem został Byron Scott, i wydaje się że jest to trafiony ruch zarządu Cleveland ( wcześniej trener Hornets czy Nets).
Kadrowo, pomimo wspomnianych ubytków, sytuacja Cavs wciąż nie wygląda źle. Mo Williams miewał już kilka fantastycznych spotkań u boku Jamesa, a teraz będzie miał na pewno więcej okazji do pokazania, że jest nieprzeciętnym strzelcem i podającym jednocześnie. Antawn Jamison stracił na wartości przez rok pobytu w Cleveland, jednak wciąż może być to jeden z filarów drużyny, zarówno bliżej kosza jak i na obwodzie. Niestety dla fanów z Ohio zaprzeczają temu statystyki przedsezonowe, które dla Jamisona były bardzo wstydliwe, bo blisko o połowę gorsze od karierowych. Na tablicach Cavaliers mogą wciąż liczyć na Andersona Varejao, który udowadniał już nie raz, że w trzeba się z nim liczyć nawet w porównaniu do najlepszych graczy na tej pozycji w lidze. Młodzi Ryan Hollins czy Ramon Sessions pokazali się z dobrej strony w sparingach, zwłaszcza ten drugi mógł zaimponować statystykami - 5 zbiórek, 4 asysty i 14 punktów w 27 minut gry, przy dobrych skutecznościach. Głównie za sprawą tych graczy Cavaliers zaskoczyli w preseasonie, kończąc zmagania z bilansem 6-2.
Ciekawe typy sezonowe(bet365):
*Washington Wizards over 33,5 wygranych w sezonie zasadniczym - @1,80
-jeśli rozbita ekipa Wizards potrafiła ugrać w zeszłym sezonie 26 wygranych, to zakład, że obecna drużyna, z Wallem i Arenasem w składzie odniesie ledwie 8 zwycięstw więcej, jest bardzo atrakcyjny, lub jak to woli - value.
*Orlando Magic over 54,5 wygranych@1,71
-2 poprzednie sezony to 2 razy po 59 zwycięstw podopiecznych Van Gundy'ego, a preseason, i bilans 7-0 Magic, zapowiada że w tym także ekipa z Florydy nie spuści z tonu. Pułap 55 wygranych spokojnie do przekroczenia 3 sezon z rzędu.
*Cleveland Cavaliers over 32,5 wygranych@2,15
-Cavs tak jak wspomniałem to jeden z moich czarnych koni, bukmacherzy po odejściu Jamesa linie wystawiają jednak trochę na czuja, a w tym przypadku jest dosyć niska, jednocześnie kurs 2,15 bardzo kuszący.
źródło: własne





